W skokach stracił motywację, został pilotem. Powstał o nim film, teraz chce podbić świat

Miał 13 lat, kiedy po raz pierwszy wystąpił w mistrzostwach Polski w skokach narciarskich. Już wtedy wróżono mu wielką karierę. Początkowo reprezentował Polskę w kombinacji norweskiej, którą potem porzucił dla skoków. W końcu zostawił narty i wsiadł do szybowca. Dziś 28-letni Stanisław Biela jest wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski w tej dyscyplinie lotnictwa. O wyczynach i drodze tego pilota powstał film dokumentalny, a sam Biela zapowiada atak na jeden z rekordów świata w szybownictwie.

[Artykuł wraz z dodatkowymi materiałami możecie przeczytać na stronie Przeglądu Sportowego klikając tutaj]

Chłodny jesienny poranek na lotnisku w Nowym Targu, należącym do Aeroklubu Nowy Targ. Co rusz, promienie słońca odbijają się od kropli rosy na trawie najwyższego lotniska w Polsce. W oddali widać Tatry. Widok cudowny. Bajkowy. Choć jeszcze czuć chłód, to jednak słońce coraz bardziej przypieka. Będzie naprawdę piękny dzień. Staszek Biela ściąga pokrowce ze swoje szybowca, by pokazać nam „Promyka”, z którym niebawem się rozstanie. Latać tego dnia nie będzie. Termika o tej porze roku już nie jest zbyt dobra.

Szybownictwo jest jak gra strategiczna. Poza techniką jest wiele szacowania i kalkulowania – tłumaczy Sebastian Kawa, najbardziej utytułowany pilot w historii.

To wszystko polega na szukaniu chmur. Konkretnie cumulusów. One są takim znacznikiem. Tam można znaleźć noszenie. Dzięki temu nabiera się wysokości do tego, by przelecieć do następnej chmury. Gdy brakuje tej wysokości, to można wylądować w polu – dodaje Biela, który ponad 20 razy lądował w taki właśnie sposób. Na szczęście z każdej takiej opresji wychodził obronną ręką.

Ci którzy jednak dobrze latają, to rzadko lądują w polach. To jest zazwyczaj ostateczność. Najlepsi utrzymują wysoki poziom lotu. Żeby tak latać trzeba mieć zmysł i doskonałą znajomość meteorologii. W górach, żeby wykorzystać noszenie, to lata się blisko zboczy – dodaje 28-latek.

O drodze Staszka od sportów zimowych do szybownictwa powstał film dokumentalny. „Kosiak” w reżyserii Grzegorza Szczepaniaka i Jakuba Radeja miał swoją światową premierę we wrześniu tego roku.

Film, który był montowany dwa lata, powstał za namową moich kolegów Wojtka Kalisza i Bartka Piekło. Ma być przedstawiany na różnych festiwalach. Być może trafi na platformę VOD – tłumaczy Biela.
„Kosiak” to w języku lotniczym niski lot samolotu, do 25 m nad terenem, z dostosowaniem profilu lotu do profilu terenu. Lot koszący.

Zawsze lubiłem tak się bawić, czyli latać nisko na dużej prędkości. Uznaliśmy, że „kosiak” idealnie będzie się nadawał na tytuł filmu – przyznaje 28-latek z miejscowości Stare Bystre.

Staszek od dziecka wykazywał wielkie zdolności do sportu. Jako 16-latek zajął wraz z: Andrzejem Gąsienicą, Pawłem Słowiokiem i Adamem Cieślarem piąte miejsce w rywalizacji drużyn w kombinacji norweskiej w mistrzostwach świata juniorów. Rok później był szósty indywidualnie w Zimowym Olimpijskim Festiwalu Młodzieży Europy w Libercu. Już wtedy imponował wynikami na skoczni. Wygrywał wtedy z Rosjaninem Jewgienijem Klimowem, który również uprawiał dwubój, a potem triumfował w zawodach Pucharu Świata w skokach narciarskich. Zresztą jako 13-latek, Biela już startował w mistrzostwach Polski razem z seniorami. Wiązano z nim wówczas duże nadzieje.

Porzucił jednak kombinację norweską i przeniósł się do skoków narciarskich. Najlepiej wiodło mu się w latach 2014/2015. W styczniu 2015 r. wystąpił nawet w dwóch konkursach Pucharu Świata w Wiśle i Zakopanem, zajmując miejsca w piątej dziesiątce. W klasyfikacji generalnej Pucharu Kontynentalnego zajął wówczas 37. miejsce. W Planicy i w Brotterode zajmował miejsca zaraz za podium. W 2015 r. zajął siódme miejsce w Uniwersjadzie w Strbskim Plesie. Triumfował wówczas Bułgar Władimir Zografski.

Brązowy medal wywalczył z kolei w rywalizacji drużynowej razem z Andrzejem Zapotocznym i Jakubem Kotem. Dwa lata później też przywiózł z tej imprezy brąz z Ałmatów, gdzie po medal w drużynie sięgnął razem z Krzysztofem Miętusem i Przemysławem Kantyką. W 2016 r. był szósty w mistrzostwach Polski na igelicie. Zanim znaleźli się tacy zawodnicy, jak Piotr Żyła, czy Stefan Hula. To go podbudowało. Nigdy nie wystąpił na mamucie, czego bardzo żałuje, choć był bliski wyjazdu na zawody PŚ w Vikersund. Po sezonie 2017/2018 definitywnie rozstał się ze skokami narciarskimi. Miał wówczas 24 lata.

Gdybym mógł jeszcze raz spróbować tej drogi, to na pewno nie bawiłbym się już w kombinację norweską, tylko od razu wszystko poświęciłbym skokom narciarskim. Kochałem je, ale ta książka jest już zamknięta – przyznaje.

Został pilotem. Jeszcze w czasie kariery w sportach zimowych zrobił kurs i latał cesnami. Ostatecznie wybrał jednak szybowce. Zakochał się w nich od pierwszego wejrzenia. One dały mu nową motywację.

Długo się nad tym zastanawiałem, czy żałuję tej decyzji o rzuceniu skoków, czy nie. Z perspektywy czasu, bo minęło już kilka lat, wiem, że to była dobra decyzja. Mam swoją pasję i swoje cele. Jestem szczęśliwy z tego powodu, że tak poprowadziło mnie życie – mówi Biela, który przyznaje, że odszedł ze skoków po tym, jak całkowicie stracił motywację.

Tę znalazł w szybownictwie, ale też realizuje się zawodowo. To go napędza. Kiedy nie lata jest diagnostą we własnej stacji. Legalizuje tachografy. Prowadzi też sklep z częściami samochodowymi. Podtrzymuje zatem rodzinne tradycje, bo jego ojciec to rzutki biznesmen, który – poza tym, że działa w branży motoryzacyjnej – ma również rzeźnię, ale także market.

Jeszcze kiedy Staszek skakał, to w kuluarach wielokrotnie można było usłyszeć, że wielka w tym zasługa pieniędzy jego ojca.

Przecież wiadomo, że w skokach sukcesu nie da się kupić. Pieniądze nie zmienią też belki na wyższą. W powietrzu też niewiele one dadzą – śmieje się Biela.

Pieniądze jednak pomagają mu w szybownictwie. Ten sport nie jest tak dobrze dofinansowany w naszym kraju i dlatego Biela wkłada w niego wiele środków własnych. Dzięki temu może trenować, gdzie tylko chce i jak często chce, a to jest szalenie ważne. Ma też własne szybowce. „Promyk”, na którym do tej pory latał, czeka już na nowego właściciela. Teraz Biela przesiadł się na nowiutką „Dianę 2”, zmieniając przy okazji klasę na 15-metrową.

Stanisław Biela w szybowcu Diana 2.  Fot. Jakub Świst

Same pieniądze to jednak nie wszystko, choć na pewno dają większe możliwości. Jak w każdym sporcie, do osiągania sukcesów potrzebna jest przede wszystkim ciężka praca – podkreśla 28-latek.
Szybownictwo nie jest jednak tanim sportem. Szybowce kosztują w przedziale 10 – 200 tys. euro. Sam Biela nie chce mówić, ile zapłacił za „Promyka”, jakiego ściągał z Hamburga. Nie ujawnia też, ile kosztowała go nowa – prosto z polskiej fabryki – „Diana 2”. Do tego dochodzi jeszcze przyczepa, do jakiej pakuje się szybowca. Nie mówiąc o lotach treningowych i na zawodach, a także utrzymaniu sprzętu.

„Promyk”, na jakim Biela latał do tej pory, to wysłużony sprzęt, bo pochodzi z 1995 r. Jak jednak przekonuje nasz pilot, w szybownictwie nieważny jest rok produkcji, a stan lakieru. Kiedy go zakupił, to sam zdzierał stary lakier, a znajomi już pomogli w tym, by zyskał nowy lakier.

Biela zauważa też, że ciągle coś robił w sporcie za późno. Tak było w momencie, kiedy postanowił wszystko postawić na skoki. Do szybownictwa też trafił wraz z ostatnim dzwonkiem, bo załapał się jeszcze na końcówkę wieku juniora.

W tym sporcie im wcześniej zacznie się latać, tym lepiej. Tu ważne jest bowiem doświadczenie. Poza tym, jeżeli zaczynało się w wieku juniora, to przychylniej patrzą na to selekcjonerzy kadry – dodaje.

W szybownictwie pierwsze kroki pomagał mu stawiać Adam Czeladzki. Dość szybko też pojawiły się pierwsze sukcesy. Już w pierwszym roku startów stanął na podium mistrzostw Polski juniorów. Był rezerwowym na mistrzostwa świata juniorów w Szeged.

Biela zdobył w szybownictwie złotą odznakę z dwoma diamentami. Został mu jeszcze do uzyskania jeszcze jeden diament. Te zdobywa się za: odległość (co najmniej 500 km), odległość przelotu docelowego (o trasie docelowo-powrotnej lub po trójkącie o długości co najmniej 300 km) i za wysokość przewyższenia (przynajmniej 5000 m). W grudniu 2019 r. wyjechał do Republiki Południowej Afryki, by zaatakować rekord Polski seniorów. Skończyło się jednak na rekordach Polski, ale juniorów, w odległości przelotu deklarowanego po trasie trójkąta (647,3 km) oraz odległości przelotu dowolnego po trasie trójkąta (725,6 km).

Szybko to poszło, bo niektórzy na te diamenty czekają nawet po 20 lat – cieszy się Biela.

Przed rokiem został on wicemistrzem Polski w klasie Klub A. Był też drugi w prestiżowych zawodach w słowackiej Prievidzy. W tym roku pobił pierwszy seniorski rekord Polski w prędkości. Osiągnął średnią 150 km na godz. Świetnie spisywał się też w prestiżowych zawodach Coppa Citta di Rieti we Włoszech. Miał tam nawet szansę na zwycięstwo.

W jednej konkurencji o kilka metrów zahaczyłem jednak strefę i dostałem punkty karne. Spadłem na odległe miejsce. W kolejnych konkurencjach latałem jednak w ścisłej czołówce i szedłem w górę rankingu. Trochę jednak zabrakło, by stanąć na podium – opowiada.

Mentorem Bieli jest wspomniany Czeladzki, ale dużo pomaga mu także nasz wielki mistrz Sebastian Kawa. Tak było między innymi we wspomnianych zawodach we Włoszech.

Jest zresztą wielu takich pilotów, którzy chcą pomagać tak młodym zawodnikom, jak ja. Zależy im na tym, by polskie szybownictwo się rozwijało, bo ma ono wielkie tradycje. Polacy należą bowiem w tej dyscyplinie do najlepszych na świecie i to od wielu lat – mówi Biela.

On sam zamierza niebawem pobić rekord świata. Plan był taki, by dokonać tego w tym roku, ale musiał jednak go zweryfikować. Atak przełożył na kolejny rok. Co konkretnie chce zaatakować?

Albo będzie szybko, albo wysoko, albo daleko – mówi dość enigmatycznie. – Jeśli daleko i szybko, to będzie Afryka. Jeśli wysoko to może nawet Polska – dodaje.

W Afryce jest najłatwiej po pobijanie rekordów, bo nie ma tam stref lotniczych. Nie ma zatem zbyt wielkich ograniczeń. Tych jest teraz za to sporo w Polsce, a ma to związek z wojną na Ukrainie.

Bywa tak, że wojsko nie chce nas wpuszczać w strefy. Nawet jeśli mamy transponder. Tych stref trzeba szczególnie pilnować, kiedy lata się wysoko – tłumaczy.

Latanie to całe jego życie. Najpierw były narty, a teraz przesiadł się do maszyny ze skrzydłami.

Od szóstego roku życia kochałem latanie. Doczepiałem sobie nawet skrzydła z kartonu, bo tak bardzo chciałem wzbić się w powietrze. Bawiłem się też trochę w modelarstwo. Ono było dla mnie namiastką lotu. Jakby tego było mało, to od pewnego czasu skaczę też ze spadochronem. Ukończyłem kurs AFF. To oznacza, że mogę już sam skakać z wysokości 4 tys. m, ale pod nadzorem na ziemi. Ze spadochronem mogę lecieć kilkadziesiąt sekund, w skokach narciarskich to było ledwie kilka. Spełniłem zatem kolejne swoje marzenie – opowiada Biela.

Kiedy siedzę w szybowcu, to czuję olbrzymią radość. Zapominam wówczas o wszystkim dookoła. Koncentruję się tylko na zadaniu. Bywa, że w powietrzu spędzam wiele godzin. W tym czasie ważne jest, żeby się nawadniać – dodaje.

Trzeba przyznać, że siedzenie przez wiele godzin a ciasnej kabinie wcale nie należy do łatwych. Biela jednak nie narzeka. Twierdzi, że miejsca ma tyle, ile potrzeba. Jest tak zakochany w tym, co robi, że nie widzi żadnych wad.

Jakie cele ma pilot ze Starego Bystrego?

Wiadomo, że jak każdy sportowiec, chciałbym sięgać po te najwyższe cele. Nie traktuję szybownictwa jak zabawy. W tym, co robię, w stu procentach jestem sportowcem. Nie ukrywam, że w przyszłości chciałbym być mistrzem świata. Wolę jednak powiedzieć tak, jak to się mówiło często w skokach. Chcę zrobić tyle, na ile mnie będzie stać – kończy Biela.

W samych superlatywach o tym 28-latku wypowiada się wielki mistrz Sebastian Kawa. Potencjał w Bieli dostrzegł już wtedy, kiedy zawitał do świata szybowców. Po kilku latach podkreśla jednak, że zrobił on wielki postęp.

O Staszku można mówić tylko pozytywnie. Na pewno jednak też ma duże możliwości finansowe. Nasz sport jest mocno niedofinansowany, a on jednak może jechać na treningi, kiedy chce i może sobie kupić sprzęt, jaki potrzebuje. Z drugiej strony chce mu się latać i ma też wielkie ambicje. I to jest najważniejsze. Od razu, kiedy pojawił się w szybownictwie, było widać, że ma smykałkę. Kilka razy leciałem z nim jako konsultant, bo my nie mamy w Polsce trenerów, a jedynie selekcjonerów. Uczymy się zatem nawzajem od siebie. Staszek ma wielu dobrych kolegów. Niektórych z nich już nawet przeskoczył swoimi umiejętnościami. Na pewno zapowiada się bardzo ciekawy kolejny sezon. Trzymam za niego kciuki, by latał odważnie i po swojemu. W tym sporcie trzeba być zadziorem. Nie można latać potulnie za wszystkimi, tylko trzeba wymyślać swoje rozwiązania. Wtedy to rywale mają problemy – konstatuje Kawa.

Rozmawiał: Tomasz Kalemba / Przegląd Sportowy

[Artykuł wraz z dodatkowymi materiałami możecie przeczytać na stronie Przeglądu Sportowego klikając tutaj]